Translate

poniedziałek, 21 lipca 2014

Małe gesty...

Nigdy nie byłam romantyczna. Twierdziłam, że romantyzm jest przereklamowany, głupi i najczęściej na pokaz. Te wszystkie słodkie serduszka, misiaczki, serduszkowe kartki na Walentynki itd. Coś strasznego. Randki w kinie przy komediach romantycznych albo jakiś wyciskających łzy filmach, buziaczki kinowe itd, itp.
Nasza pierwsza randka była przy laptopie, z paczką chipsów i filmem "Igrzyska Śmierci", druga z "Milczeniem owiec". Nie ciągnęło nas do romantyczności... a ostatnio oboje zauważyliśmy, że stajemy się romantyczni.
Chętniej chodzimy na kolacje, kwiatki, drobne rzeczy jakoś chętniej  mi daje, a ja nie marudzę nad tym, że robię mu np. śniadanie do łóżka. Pijemy razem kawę (On herbatę) na tarasie w blasku zachodzącego słońca... jest tak inaczej. Jakby dojrzalej ale i piękniej.

A teraz nie widziałam go już tydzień, nie pisałam z nim od 6 dni... rozmawiamy parę minut dziennie... włączyłam facebooka a tam "Kocham Cię" od niego... Zadzwoniłam... okazało się, że znalazł zasięg Wi-Fi, bardzo bardzo słaby zasięg,  w jednym miejscu i stał tam tak długo aż mu udało się tą wiadomość do mnie wysłać. I chyba właśnie to jest miłość... poświęcanie się nawet w tak mało ważnych sprawach :)

czwartek, 17 lipca 2014

Powroty....

... Było przedszkole i byli piłkarze, w końcu mundial to Pani Sandra wpadła na "fantastyczny" pomysł zrobienia cyklu zajęć mundialowych... dzieciaki zachwycone ja- przemęczona
Potem zaraz po przedszkolu było TE.... służb aż trzy: żywieniówka, cafe no i jakżeby inaczej- dzieci...

Opiekun stały grupy zielonych- najgrzeczniejszej grupy jak się później okazało, z niegrzecznym wujkiem dorzuconym "za karę"- kara miała być dla niego, była karą dla nas... ale dzieci się nie dały, zrobiły mu piekło- podobno... były 2 słodkie 5-cio latki uciekające i płaczące że chcą do mamy, sposobem było wynalezienie przez nich świetnej zabawy pt. "rozepnijmy cioci to i owo jak nas trzyma na rękach", było dziecko z ADHD i też dałam radę, powiem nawet, że się zakumplowaliśmy... były dni gdy miałam ich siedmioro, były i takie, jak musiałam ogarniać 27 dzieci... ale ogólnie były grzeczne... i kochane

było bieganie na śniadanie, dyżury na obiedzie, o których dowiadywałam się chwilę przed, była choroba, było bieganie za Nim z identyfikatorem, żeby kolację mi załatwił bo ja już musiałam biec do cafe na kasę...
było szaleństwo, były wieczorne społeczności, gry. których niektórzy nie ogaręli, były starsze, kochane Panie w cafe... no i byli ludzie... dużo ludzi i dużo dzieci. Dużo kochanych i uwielbianych przeze mnie ludzi, no i było ON. Ten, w którego wierzę już dłuższy czas, to on nakręcał i dawał siłę i dawał innych by pocieszali. I dał mi Tego, który przytulał.. mimo, że też padał ze zmęczenia, mimo że się kłóciliśmy, mimo że musiał za mną biec, gdy uciekałam z płaczem. Mimo, że coraz częściej uciekam, on był i zawsze będzie i dziękuję za Niego Bogu.

a teraz wróciłam... i w sumie cierpię na zmęczenie takie chroniczne